Paul Salopek idzie przez świat śladem pierwszych ludzi, którzy wyruszyli z Afryki w epoce kamienia. Publikowane tu teksty są relacjami z tej liczącej 34 tys. km wyprawy o nazwie „Out of Eden Walk”.
Razem z moim przewodnikiem Rufatem Godżajewem wchodzimy w zimne, górskie promienie słoneczne. Wieczorami przechodzimy przez doliny spowite dymem, który unosi się z 10 tys. opalanych drewnem pieców. Niezgrabnie wchodzimy do herbaciarni, w których krzepcy mężczyźni w czarnych kapeluszach siedzą niewzruszeni jak góry lodowe. Wsadzamy cynowe łyżki do małych misek pełnych zupy z soczewicy. Ku naszemu zdziwieniu w pewnym momencie znajdujemy się w roku 1989.
To zakrzywienie czasoprzestrzeni ma nazwę: Iwanowka. Wieś rolnicza w Azerbejdżanie.
Free market in a final Soviet-era redoubt: a roadside fruit stall in Ivanovka.
Paul Salopek
Liczba mieszkańców: około 3 tys. Założyli ją w XIX wieku członkowie ascetycznej chrześcijańskiej grupy religijnej zwanej mołokanami. Są oni mennonitami rosyjskiego świata prawosławnego - to pobożni, prowadzący proste życie ludzie, których jednoczy nienawiść do braku umiaru w religii: pozłacanych ikon, świec, obwieszonych biżuterią księży, strzelistych katedr. Modlą się w prostych domach. Długie brody mężczyzn powiewają na wietrze jak chorągiewki. Kobiety noszą na głowach chustki. Katarzyna Wielka wygnała ich z Imperium Rosyjskiego jako heretyków. Osiedlili się więc na jego kresach. Choć muzułmański Azerbejdżan ogłosił nieodległość po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku, tutejsi mołokanie nadal trwają przy swojej wierze i dawnym rosyjskim stylu życia. Mieszkają w małych rosyjskich domach o dwuspadowych dachach. Mówią starą wersją rosyjskiego, którą posługiwał się Tołstoj. Utrzymują ten sam socjalistyczny model rolnictwa, który komuniści propagowali w latach 20. i 30. XX wieku. Iwanowka jest ostatnim kołchozem, czyli prowadzonym w radzieckim stylu państwowym gospodarstwem rolnym na całym Kaukazie.
- Nasi rolnicy uprawiają wspólnie tę samą ziemię - mówi Olga Dżabina Timofeowna, która jest sołtysem tej wioski. - Nie zarabiają dużych pieniędzy. Pensje są im wypłacane w produktach rolnych - pszenicy, mleku, mięsie. Wolimy żyć wspólnie. Taki system nam odpowiada.
Dżabina jest współczesną mołokanką. Na jej biurko w gabinecie sołtysa, podobnie jak na wszystkie biurka urzędników w Azerbejdżanie, spoglądają z powieszonych na ścianie zdjęć dwie osoby: pierwszą z nich jest Hejdar Alijew, czyli ojciec-założyciel tego młodego kraju, a drugą urzędujący prezydent Ilham Alijew, będący jego synem i następcą. Pytam Dżabinę, jak mogę zapisać się do kołchozu.
Patrzy na mnie zaskoczona. - Nie dostajemy wielu podań - odpowiada.
Olga Jabina Timofeovna, an administrator at the last Soviet-style farm in Azerbaijan, says collective farming isn’t for sissies.
Paul Salopek
Życie w kołchozie nigdy nie było łatwe. Praca jest ciężka - mówi Dżabina. Nagród jest niewiele. (W rzeczywistości podczas przymusowej kolektywizacji prywatnych gospodarstw rolnych w Związku Radzieckim z głodu umarły miliony ludzi). Dżabina mówi, że miasta kuszą młodych mołokanów pracą i ci opuszczają odległą Iwanowkę. Inni wrócili do Rosji. W wiosce dawniej mieszkały 4 tys. rosyjskich osadników. Do dziś pozostało może tysiąc. (Większość mieszkańców to Azerowie). - Jedna z moich córek pracuje w biurze w Baku - mówi Dżabina. - Co miałaby tu robić? Opiekować się krowami?
Wraz z Godżajewem przechadzamy się po Iwanowce. Widzimy, co Dżabina miała na myśli.
Wiele gospodarstw stoi pustych. (Tablice „na wynajem“ napisane są cyrylicą.) Ulice są opustoszałe. Sklepy są zamknięte. Jednak czekają tu na nas dziwne niespodzianki. Spodziewam się zobaczyć wiejską placówkę zubożałego imperium, tymczasem okazuje się, że wioska jest pełna reliktów minionej radzieckiej chwały i bogactwa. Mający kolumnadę budynek, w którym urzęduje sołtys, jest wysokim, neoklasycystycznym gmachem, z którego byłoby dumne średniej wielkości miasto. W domu kultury mieści się elegancka sala koncertowa. W jej pokrytych czerwonym aksamitem fotelach może zasiąść 1,5 tys. osób, czyli połowa mieszkańców całej wsi. Zarośnięte już dziś parki zajmują całe hektary. Jest tu też wyschnięta pozostałość sztucznego jeziora. Iwanowka jest małym, samowystarczalnym światem rzuconym na równiny rozciągające się na zachód od Morza Kaspijskiego. Jest wioską-rozbitkiem, która zawisła w czasie, kiedy w 1989 roku Związek Radziecki zaczął rozpadać się razem z Murem Berlińskim.
Two relics of Soviet-era glory: a palatial community hall seating 1,500 people—for a village of 3,000 souls—and an old Russian Lada car.
Paul Salopek
- Za czasów Związku Radzieckiego dobrze nam się żyło - wspomina 80-letni mołokanin, Dżabin Michaił Cimofiejewicz, Jest przyjaznym, starszym mężczyzną w rdzawobrązowym płaszczu. Jego gigantyczne dłonie pokryte są ciemnymi plamami od soku z zerwanych orzechów włoskich. - W latach 80. byliśmy najbardziej produktywnym gospodarstwem rolnym w Azerbejdżanie. Ja dostałem w nagrodę 17 płatnych urlopów w całym Związku Radzieckim. W Mołdawii. Na Ukrainie. Wtedy republiki radzieckie były jedną wielką rodziną.
Cimofiejewicz przyznaje, że minusem komunistycznych rządów były represje religijne. Ponad 300 mołokanów z małej Iwanowki - w tym cała klasa ze szkoły średniej z rocznika 1926 - nigdy nie powróciło z drugiej wojny światowej. Wcielono ich do Armii Czerwonej, choć byli pacyfistami.
Dziś ten będący reliktem kołchoz mołokanów istnieje wyłącznie dzięki dotacjom rządu Azerbejdżanu. Jest on społecznością złożoną z coraz mniej licznej grupy siwowłosych, rosyjskich emerytów i rosnącej grupy mniej ortodoksyjnych, młodych Azerów. Globalna gospodarka pojawiła się tu formie dwóch nowych pensjonatów.
- Naprawdę jest pan Amerykaninem? – pyta Cimofiejewicz. Kiwam głową, a on unosi swoje białe brwi. - W końcu prawdziwy!
Czuję dziwny dreszcz ekscytacji. Jestem pierwszym byłym wrogiem, jakiego spotkał. Wygląda na to, że sam jestem teraz rozbitkiem w czasie. Stary Cimofiejewicz patrzy na mnie przez pryzmat zimnej wojny. Jestem nagle uczestnikiem spotkania, do którego mogło dość w pokoleniu mojego ojca. Pierwszy kontakt w czasie.
Cimofiejewicz błogosławi mojego przewodnika Godżajewa. Błogosławi mnie. Z Godżajewen znów wyruszamy w drogę. Idziemy w kierunku Morza Kaspijskiego.
Każde miejsce na świecie opisane jest określonymi współrzędnymi w przestrzeni - położone jest na konkretnej wysokości nad poziomem morza oraz szerokości i długości geograficznej. Na tej płaszczyźnie nawigacja jest prosta. Bardziej nieuchwytna mapa - która wciąż się zmienia lub pozostaje taka sama - pokazuje jego położenie w rzece czasu. Państwa, miasta, ludzie: to wszystko jest pod tym względem podobne. Nie powinniśmy się pytać tylko o to „skąd jesteś?“. Pytajmy też „z jakiego momentu w czasie?“.
The 1980s live on in Ivanovka. A memory wall outside the village mayor’s office features a gallery of Soviet ghosts.
Paul Salopek
