W wyniku utleniania jej stalowe tory są w kolorze poparzonej słońcem skóry. Słychać jak brzęczą i stukocą w potwornym południowym upale Azji Środkowej. Kiedy w oddali zbliżają się do nich pociągi składające się z solidnych wagonów osobowych zbudowanych w NRD albo wagonów towarowych z Tadżykistanu, Rosji czy Białorusi, wydają dźwięk przypominający gitarę hawajską. Zatrzymujemy się na stepie, żeby posłuchać zawodzącego, metalicznego śpiewu torów. Robi to niewiele osób: Jest to jedna z najbardziej osamotnionych linii kolejowych na świecie.
Idę przez kolejny kraj: Uzbekistan. Zmierzamy w kierunku Taszkentu. Dzieli nas od niego 1,6 tys. kilometrów. Jest nas pięciu.
Moim uzbeckim przewodnikiem jest Azizbek Chalmuradow. To obyty w świecie, zabawny i dobrze wychowany gawędziarz. Jest człowiekiem od dawna przygotowanym na katastrofę, ale gotowym na niespodzianki w postaci dobrych wieści. Jest podróżnikiem. Jego stopy płaczą wypełnionymi wodą pęcherzami. Naszymi końmi zajmuje się Dżailchan Beknijazow, który jest wytatuowanym byłym żołnierzem Armii Radzieckiej i rolnikiem znad brzegów Amu Darii, przyglądającym się wszystkiemu z wyższością typową dla mieszkańca wsi. - Niech Aziz wsiądzie do pociągu, a my możemy pójść dalej – mówi Beknijazow. Przy czym sam Beknijazow nie idzie. Jedzie na ośle. Jego długie nogi ciągną przez kurz stopy w plastikowych butach, które pozostawiają na pokonanej przez nas drodze dwie linie. Idziemy z jucznym koniem o imieniu Kungrad (Brązowy Koń), ale nasz osioł jest bezimienny. Na uzbeckiej wsi żyje niezliczona liczba osłów. Nazwanie osła jest jak nadanie imienia kamieniowi, cierniowi albo musze. Nikt nie chce nadawać imion tym upartym, małym zwierzętom. W myślach nazywam naszego osła Xote. Beknijazow woła na niego haram - nieczysty.
Powoli idziemy na wschód. Przemieszczamy się wzdłuż torów w bezlitosnym słońcu. Maszyniści budzą nas na naszych pustynnych obozowiskach za pomocą przyjaznych gwizdów lokomotyw.
- Linia kolejowa biegnie przeważnie po starożytnym jedwabnym szlaku – mówi Ajtmurat Anijazow, szef Instytutu Badawczego Studiów Humanistycznych karakałpackiego oddziału Akademii Nauk w mieście Nukus w Uzbekistanie. – Idziecie śladem przemieszczających się tu kiedyś karawan wielbłądów.
Video by Paul Salopek
Naszymi karawanserajami są dworce kolejowe.
Aktobe. Berdak. Kuanisz. Kyrkyz. Odległe dworce są piękne w swoim minimalizmie na tle surowego krajobrazu: są małymi, pomalowanymi na biało sześcianami, znajdującymi się w odległości dnia marszu, tj. 25-30 km, od siebie. Osłaniają je niewielkie grupy drzew: to jedyne drzewa w zasięgu wzroku. Z oddali te dzielne wiązy wyglądają jak zielone lizaki. Będąc ponad kilometr od nich, słyszymy szczebiot ptaków dochodzący z ich koron. Obok przejeżdżają zabawkowe pociągi. Czasami wypuszczają czarny dym na bocznice. Pilnują ich ubrani w podkoszulki mężczyźni o twarzach Indian z plemienia Nawahów. To zawiadowcy stacji.
Słynne jedwabne szlaki nie przypominały współczesnych autostrad.
Hobo shower: The antidote to a broiling day along the rails — water from a tanker car.
Paul Salopek
Przez ponad 2 tys. lat cenne towary z Chin i Europy nie były transportowane na długich odcinkach przez puste stepy, oazy, górskie przełęcze i solniska Azji Środkowej. Nie. Były przewożone na krótkich trasach: przez miejscowego handlarza mającego 15 wielbłądów, grupę pasterzy udających się na letnie pastwiska albo patrolującego teren przywódcę wojowników prowadzących koczowniczy tryb życia. Każdy z nich za odpowiednią opłatą pomagał przewozić chiński jedwab, szkło weneckie i rosyjskie futra przez kolejne kilka kilometrów i dni. Azja Środkowa była ogromnym, ruchliwym i mobilnym bazarem – zatłoczonym przenośnikiem taśmowym.
W ten sposób także my przechodzimy z rąk do rąk wzdłuż linii kolejowej w Uzbekistanie.
Kolejarze oferują Chalmuradowi, Beknijazowi i mnie wodę, herbatę i schronienie. Pewnego razu dzielą się z nami pilawem z mięsem stepowego zająca, którego schwytali ścigając go na piechotę. Śmieją się z naszego szaleństwa. Podczas Wielkiego Kryzysu w USA włóczędzy podróżujący koleją oznaczali gościnne domy tajemniczymi symbolami, czasem był to po prostu kamień rzucony obok bramy. Zrzucając plecak na dworcach kolejowych zachodniego Uzbekistanu, zaczynam takie kamienie zostawiać.
Hobo shower: The antidote to a broiling day along the rails — water from a tanker car.
Paul Salopek
Przez ponad 2 tys. lat cenne towary z Chin i Europy nie były transportowane na długich odcinkach przez puste stepy, oazy, górskie przełęcze i solniska Azji Środkowej. Nie. Były przewożone na krótkich trasach: przez miejscowego handlarza mającego 15 wielbłądów, grupę pasterzy udających się na letnie pastwiska albo patrolującego teren przywódcę wojowników prowadzących koczowniczy tryb życia. Każdy z nich za odpowiednią opłatą pomagał przewozić chiński jedwab, szkło weneckie i rosyjskie futra przez kolejne kilka kilometrów i dni. Azja Środkowa była ogromnym, ruchliwym i mobilnym bazarem – zatłoczonym przenośnikiem taśmowym.
W ten sposób także my przechodzimy z rąk do rąk wzdłuż linii kolejowej w Uzbekistanie.
Kolejarze oferują Chalmuradowi, Beknijazowi i mnie wodę, herbatę i schronienie. Pewnego razu dzielą się z nami pilawem z mięsem stepowego zająca, którego schwytali ścigając go na piechotę. Śmieją się z naszego szaleństwa. Podczas Wielkiego Kryzysu w USA włóczędzy podróżujący koleją oznaczali gościnne domy tajemniczymi symbolami, czasem był to po prostu kamień rzucony obok bramy. Zrzucając plecak na dworcach kolejowych zachodniego Uzbekistanu, zaczynam takie kamienie zostawiać.
