Piesza wyprawa przez świat przypomina taniec.
Robisz jeden krok, wspinając się na lodowiec: ześlizgujesz się o dwa w dół. Samochody traktują cię jak potencjalną ofiarę: wykonujesz wokół nich piruety. Wychylasz się nad mostem kołyszącym się wysoko nad himalajską rzeką: wyciągasz rękę jak linoskoczek tańczący flamenco. W ten sposób każdy krok, który stawiasz idąc po powierzchni Ziemi, staje się choreografią oczekiwania.
Twoim partnerem jest krajobraz. On prowadzi. Ty podążasz za nim.
* * *
Drugiego dnia naszej wyprawy przez Pakistan spotykamy mężczyznę z odciętą nogą.
Dwóch ludzi wnosi go pod stromy kanion w Karakorum. Jest robotnikiem drogowym z miejscowości Chelas i wrakiem człowieka. Kamienna lawina urwała mu nogę od golenia w dół. Oderwana stopa leży w przepływającej niżej rzece, pogrzebana na wieki przez tony gnejsu. Mężczyzna powinien już być martwy. Jest niesiony od dłuższego czasu. Stracił dużo krwi.
Mój pakistański towarzysz podróży Nawid Chan użył swojego paska jako opaski uciskowej. Mieszkańcy wsi wkładają mężczyznę do jeepa. Ja przywiązuję kikut do uchwytu znajdującego się nad drzwiami. Ma to zatamować krwotok. Wyrwany ze snu kierowca nie śpieszy się. Chodzi po wiosce w poszukiwaniu dużego kawałka folii. Narzeka na plamy krwi na tapicerce. Najbliższy szpital mieści się w Gilgit, oddalonym o pięć albo sześć godzin jazdy po złych drogach.
- Trzymaj się stary - idiotycznie zwracam się po angielsku do człowieka pozbawionego stopy. - Wszystko będzie dobrze. Jest brodatym olbrzymem ubranym w salwar kamiz. Podnosi do góry kciuki jakby mnie rozumiał.
Tak naprawdę nic na tym świecie nie działa, jak powinno. Trzyma nas przy życiu mizerna nadzieja. Rozczarowujemy się nawzajem.
Przez pozostałą część dnia, schodząc z Doliny Chiporsun, nie jesteśmy w stanie z Chanem wyrzucić tego obrazu z głów. Ten załamany mężczyzna już nigdy nie zatańczy, o ile w ogóle uda mu się przeżyć. Mimo to nie uskarżał się na swoje potworne cierpienie. Kiedy życie uchodziło z niego w formie czerwonych kropli kapiących na kurz i skały, mówił spokojnie normalnym głosem. Jego uśmiech był szeroki i uspokajający. Nieszczęśnik dodawał nam otuchy.
* * *
Apple farmer Jan Ali and his family in Kyhber.
Paul Salopek
Chajber to mała wioska w regionie Gilgit-Baltistan. Intensywnie żółte topole kontrastują ze zbudowanym z cegły mułowej domami.
W ciepłej kuchni Dżana Alego tańczy czarnowłosa, siedmioletnia dziewczynka. Widzę ją przez drzwi, kiedy śpiewa fałszując i obraca się wokół własnej osi. Jej imię w języku wachańskim oznacza „światełko”.
- Macie najlepsze imiona - mówię Dżanowi Alemu. - My mamy same Alice albo Mary.
- Albo Szafir. - Albo Cukierek - dodaje mój przewodnik Nawid Chan, który jest byłym komandosem.
Światełko cierpi na porażenie mózgowe. Czasami uderza czołem w ścianę i pluje na psy. Jej ojciec - Dżan Ali - który jest właścicielem jabłoniowego sadu i wyznawcą Agi Chana, wydał fortunę na lekarzy. Ten przygarbiony mężczyzna o smutnych oczach stoi z rodziną przed swoim domem, żeby nas pożegnać.
A jego jabłka!
Wpycha nam je do rąk, jakby były niczym. Jakby były drobnostką. Jakby ich piękny kolor, nieporównywany z niczym zapach i słodki smak nie sugerowały, że gdzieś daleko istnieje lepszy świat.
* * *
- Co myślisz o Pakistanie? Czy wszyscy jesteśmy terrorystami?
Międzynarodowa reputacja Pakistanu, kojarzonego z wojskowymi zamachami stanu i religijnym ekstremizmem, jest olbrzymim brzemieniem dla zwykłych ludzi. Takie pytania zadawane są mi setki razy. To tak jakby Amerykanów oceniać wyłącznie na podstawie potwornej i godnej pożałowania przemocy z użyciem broni palnej. Odrobina żalu i dumy serwowana jest często z każdą filiżanką herbaty, każdym wspólnie spożywanym posiłkiem i każdym spontanicznym przejawem gościnności, które są w Pakistanie na porządku dziennym. Dzieje się tak nawet w przypadku funkcjonariuszy policji wyznaczonych do tego, aby mnie śledzić.
Wyprawa pod okiem służb bezpieczeństwa jest ogromnym obciążeniem dla każdego, kto zajmuje się opowiadaniem historii. Praktycznie nie da się pracować. Nie da się oddychać. Mimo to większość śledzących nas pakistańskich agentów jest uprzejma, ludzka i pełna zrozumienia: - To dla waszego bezpieczeństwa - mówią. Albo: - Stosunki między naszymi krajami nie są dobre - załóżmy, że coś wam się przydarzy. Kogo by obwiniano? Oczywiście nas. Albo: - Proszę pana, ja też nie chcę tu być i za panem iść.
Jednym słowem pełen napięcia pas de deux. Pełna delikatności rumba, w której tancerze niechętnie przemieszczają się przez pakistańskie autostrady, miasteczka i pola.
Jeden zwalisty agent wywiadu wojskowego kiwa ze zrozumieniem głową, kiedy skarżę się, że idzie za nami w zbyt bliskiej odległości i w końcu zgadza się zachować większy odstęp. Śledzi nas przez 25 kilometrów, idąc po malowniczych wzgórzach leżących u podnóża Himalajów. Tego wieczora widzę, jak kuśtykając, wchodzi do przydrożnej gospody. Razem z Nawidem Chanem kupujemy mu kolację. Mówi, że odczuwany przez niego ból to pestka. Został postrzelony w nogę na Terytoriach Plemiennych Administrowanych Federalnie.
* * *
Wedding dancers in Islamabad.
Paul Salopek
Do Islamabadu, w którym trwają protesty polityczne, wkraczamy krokiem walca. Niczym tancerze shimmy mijamy kordony policji odgradzające tłum domagający się zaostrzenia przepisów dotyczących bluźnierstwa. W hotelu pijemy virgin margaritę.
W Pakistanie trwa sezon ślubny.
Stwierdzenie, że Pakistan ma obsesję na punkcie wesel jest absurdalnym niedomówieniem. Rodzice zaczynają planować ceremonię ślubną swoich dzieci i oszczędzać na nią tuż po ich narodzinach. Wesele jest ogromną inwestycją. Zaproszenie otrzymują setki a czasem tysiące gości. Wyszukany strój panny młodej, posag w postaci złota i kamieni szlachetnych, tygodniowa uczta oraz wynajęcie gigantycznej sali weselnej może kosztować fortunę. (Tysiące takich przybytków otaczają każde większe miasto w tym kraju). Jeden z pakistańskich ekspertów finansowych szacuje, że typowy przedstawiciel klasy średniej może wydać na uroczystości ślubne 40-krotność średniego rocznego dochodu (ok. 1500 dolarów). Jeżeli to możliwe, kwota ta powinna być jeszcze wyższa. Gdybyśmy zestawili obok siebie szaleństwo ślubne panujące w Pakistanie i Indiach, sama branża zajmująca się szyciem kreacji ślubnych w Azji Południowej byłaby warta sto miliardów dolarów rocznie.
Dwie zaprzyjaźnione kobiety z Islamabadu zapraszają mnie na wesele. Nalegają, żebym włożył tradycyjny i elegancki strój narodowy - salwar kamiz. Pałac, w którym odbywa się impreza, jest większy od hangaru dla jumbo jeta. Ozdabiają go setki motywów roślinnych. Grupy młodych mężczyzn i kobiet wykonują w świetle fleszy przygotowane wcześniej układy taneczne.
Jestem jedynym uczestnikiem uroczystości ubranym w tradycyjny strój - setki innych uczestniczących w niej mężczyzn mają na sobie zachodnie garnitury.
* * *
Out of Eden Walk
Z Nawidem Chanem przeszedłem prawie 970 kilometrów.
Wchodzimy do Lahaur.
To kulturalna stolica Pakistanu. Miasto znajdowało się pod panowaniem dwóch imperiów znanych ze swojego tańca: Wielkich Mogołów i Sikhów. Dziś na jego otoczonym murem Starym Mieście zobaczyć można mnóstwo przepięknych pałaców, łaźni i meczetów. Alejki zapchane są samochodami, wózkami ciągniętymi przez woły, motorowerami, pieszymi i rikszami. Jak ludzie tworzący tę niekończącą się falę mieszkańców Lahaur są w stanie omijać się nawzajem tanecznym krokiem jest tajemnicą: to odbywająca się co 24 godziny migracja milionów osób z przedmieść do centrum i z powrotem. Przytłoczony tym rząd oddał do użytku wybudowane przez Chińczyków metro. Za punktualne kursowanie autobusów odpowiedzialny jest opracowany przez Australijczyków komputer wykorzystujący sztuczną inteligencję.
Do Lahaur udaje nam się wejść przez ruchliwy targ z drewnem. Tańczy tam mężczyzna nazywający się Mohamad Iszfak, ugniatając stopami bryły gliny. Wyrabia piece tandoor. Jego rytmiczne uderzenia stopami sprawiają, że miejski chodnik zmienia się w pendżabską wioskę.
Out of Eden Walk
Odwiedzam ośrodek psychiatryczny Fountain House. Wspiera on setki występujących na Starym Mieście i pozbawionych środków do życia transpłciowych tancerzy chawadża sara, którzy stanowią jedną z najbardziej zmarginalizowanych grup w Pakistanie. (Kilka miesięcy później tancerz chwadża sara zostanie pierwszym w tym kraju transpłciowym prezenterem wiadomości. Konserwatywny Pakistan jest skomplikowanym miejscem.)
W Lahaur można zjeść sushi i wziąć udział w światowej klasy festiwalu literatury.
Można wejść do sufickiej świątyni, w której w 2010 roku wysadził się w powietrze wysłany tam przez fundamentalistów zamachowiec-samobójca, oraz do parku, w którym samobójczy atak wymierzony w mniejszość chrześcijańską przeprowadzili w Wielkanoc 2016 roku pakistańscy talibowie. Można też odwiedzić Diwan-i Khas, czyli Salę Prywatnych Audiencji. Czterysta lat temu cesarz Dżahangir zainstalował tam nad swoim łożem złoty dzwonek, który za pomocą złotego łańcucha mógł poruszyć każdy obywatel pragnący złożyć skargę.
* * *
A Pakistani dancer, unhindered by only one leg, joins the martial display at the Wagah border crossing with India.
Paul Salopek
Pokonując pieszo ponad tysiąc kilometrów przez Pakistan, prawie nie widzę innych obcokrajowców.
Spotkałem kilku chińskich inżynierów na jednej z zapór. Grupę zachodnich dyplomatów żyjących za wysokim murem w Islamabadzie. Od pięciu miesięcy, czyli od momentu, w którym wspiąłem się pod zaśnieżone Karakorum od strony Afganistanu, wędruję zupełnie swobodnie. Odnoszę wrażenie, że mam dla siebie cały kraj zamieszkany przez 193 miliony ludzi. Trudno opisać dziwaczność tego doświadczenia na początku XXI wieku. To jak wejście w odmienność, w której tym innym jesteś ty.
Wagah jest jednym z niewielu przejść granicznych między Pakistanem i Indiami. To jedna z najbardziej zmilitaryzowanych granic na świecie.
Dwa rywalizujące ze sobą rządy z dumą organizują na zamykanym bramą przejściu granicznym pełne kolorowych flag parady, podczas których obserwować można maszerujące oddziały wojskowe. Jednak po pakistańskiej stronie można zobaczyć też samotnego mężczyznę, który tańczy i wiruje na jednej nodze niczym odurzony czymś derwisz. Jest po amputacji. Nawid Chan poinformował mnie podczas naszej długiej wędrówki, że mężczyźnie będącemu ofiarą kamiennej lawiny, któremu udzieliliśmy w górach pomocy, udało się przeżyć. Obejmuję Chana na pożegnanie.
W języku urdu słowo Pakistan oznacza „krainę nieskazitelnych ludzi”. Na szczęście prawdziwy Pakistan, za którym już zaczynam tęsknić, nie jest aż tak doskonały.
