Idziemy przez północne Indie.
To wszechświat, który tworzą tysiące wiosek. Ile ich jest?
Według ostatniego spisu ludności w Indiach jest dokładnie 649.481 wiosek, osad i siół. Mieszkają w nich dwie trzecie z 1,3 mld mieszkańców tego kraju. Od ponad roku dzień po dniu, tydzień po tygodniu mijamy te osady, a jest ich tak wiele, że z jednej widać drugą. Nagle w odległym zakątku stanu Uttar Pradesh pojawia się otwarta przestrzeń. Rzadko tu spotykany dziki obszar. To Rezerwat Przyrody Chandraprabha.
Znikają pola pszenicy i ryżu. Drogi zmieniają się w pełne kurzu ścieżki. Zaczynamy wspinać się i schodzić z dzikich wzgórz Kaimur, a następnie wchodzimy do suchego lasu. Kolce rozdzierają nam ubrania. Dostrzegamy nilgai - antylopę wielkości krowy w przepięknym szaroniebieskim kolorze dymu z ogniska. A potem, w pobliżu budynku dyrekcji rezerwatu, krzepkiego strażnika leśnego, który blokuje ścieżkę. Nie nam, ale grupie niskich, szczupłych i czujnych kobiet i mężczyzn, którzy niosą na głowach garnki. To mieszkańcy pobliskiej wioski. Przyszli nad rzekę na piknik. Weszli do rezerwatu bez pozwolenia.
Kim są?
Adivasi, members of India’s indigenous community, cling to marginal farms and pastures around their former forests in Chandraprabha Wildlife Sanctuary, in the Indian state of Uttar Pradesh.
Paul Salopek
Adiwasi: ogólny termin opisujący pierwotnych mieszkańców Indii. W tym przypadku to członkowie grupy etnicznej Kol, która jest tubylczą ludnością wzgórz Kaimur. Są tradycyjnymi myśliwymi. Zbieraczami drewna na opał, dzikiego miodu i w dużej mierze zapomnianych dziś ziół wykorzystywanych do celów medycznych. To pierwotni władcy lasu. Pochodzący z miasta strażnik krzyczy na Adiwasi za próbę wejścia do rezerwatu bez zakupu biletu kosztującego 30 rupii (dwa złote).
- Wszędzie zostawiają śmieci - mamrocze do nas pod nosem, po czym niechętnie wpuszcza ich na należące do nich w przeszłości tereny.
Od jak dawna dochodzi do takich konfrontacji? Od bardzo dawna. Pojawiły się wraz z utworzeniem pierwszych rezerwatów i parków narodowych - kiedy zaczęto podejmować działania na rzecz ochrony przyrody.
Kiedy utworzono pierwszy park narodowy na świecie -Yellowstone - co najmniej 26 różnych plemion Indian utraciło dostęp do terenów, na których polowały. Pewien szeryf ze stanu Wyoming wraz ze swoją grupą pościgową zastrzelił członka plemienia Banoków, który był starszym człowiekiem polującym na łosie, aby w ten sposób przestrzec innych „kłusowników”. Od tego czasu usuwanie tubylczej ludności z parków narodowych i rezerwatów jest powszechną praktyką. Do takich sytuacji dochodzi codziennie na całym świecie, choć nie mają one tak gwałtownego przebiegu jak na Dzikim Zachodzie. Żyjący w Ugandzie myśliwi i zbieracze z plemienia Batwa są przymusowo wywożeni ciężarówkami z dżungli, aby zrobić miejsce dla zagrożonych wymarciem goryli górskich. Członkowie grupy etnicznej Tharu, którzy w przeszłości byli wędrownymi hodowcami, zostaną przeniesieni w inne miejsce, aby umożliwić powiększenie jednego z parków narodowych w Nepalu. W wielu z ponad 100 tys. rezerwatów na świecie sytuacja wygląda podobnie: Ukryta cena biletu wstępu często obejmuje bolesne wysiedlenia rdzennej ludności.
W ogromnych Indiach, gdzie zaledwie 5 procent terenu przeznaczono na potrzeby ochrony siedlisk przyrodniczych - w Wenezueli takie obszary zajmują 50 procent powierzchni kraju, a w USA 14 procent - losy tych „zielonych uchodźców” stały się przedmiotem ogólnonarodowego skandalu.
Pozew wniesiony do Sądu Najwyższego przez koalicję ekologów może doprowadzić do wysiedlenia aż siedmiu milionów Adiwasi z ich leśnych domów. Dlaczego? Ponieważ zdaniem ekologów setki tysięcy roszczeń rdzennej ludności było fałszywe lub miało na celu nielegalne przywłaszczenie ziemi.
- Zdjęcia satelitarne pokazują, jak Adiwasi wbrew prawu zajmują podlegające ochronie lasy - wyjaśnił w rozmowie z dziennikiem „The Guardian” Debi Goenka, pracujący dla organizacji Conservation Action Trust. Aktywiści działający na rzecz lokalnych społeczności nazwali wyrok „ekokolonializmem”. Goenka był niezrażony. - Nie zdają sobie sprawy z tego, że tylko dwie indyjskie rzeki nie potrzebują lasów, aby płynąć. Czy jakikolwiek kraj może przetrwać bez lasów? Jeżeli myślą, że Indie mogą przetrwać bez nich i bez wody, to ich problem.
Oburzenie opinii publicznej wymusiło ponowną analizę tej sytuacji. Jednak spór ten jest po prostu najnowszą odsłoną prowadzonej nieustannie walki o sposób, w jaki należy równoważyć potrzeby człowieka i przyrody na ponad 71 mln hektarów coraz bardziej rozdrobnionych indyjskich lasów, które w większości leżą na terenach zamieszkałych przez Adiwasi.
Wraz z moją towarzyszką podróży, dziennikarką Bhavitą Bhatią, przechodzimy przez linię frontu w Rezerwacie Przyrody Chandraprabha.
Rezerwat obejmuje: 77 km kwadratowych wzgórz, jaskiń i dolin, na które cień rzucają lasy złożone z drzew tendu, mahua i saagun. W gęstych zaroślach czają się lamparty, niedźwiedzie i antylopy indyjskie. W wysychających wodopojach ryją dziki. Pensjonat dla VIP-ów oferuje swe usługi odwiedzającym go biurokratom. Turyści parkują swoje SUV-y, aby zrobić sobie selfie przy pięknych wodospadach.
Poza rezerwatem: poletka mizernej pszenicy, spękana ziemia i labirynt ścieżek wydeptanych tanim plastikowym obuwiem. Zamieszkana przez Adiwasi wioska Dżamsoti praży się w słońcu naprzeciw wejścia do rezerwatu. Chaty ozdabiają tu placki z krowiego łajna. Studnie zawsze wysychają po deszczach. (Mieszkańcy dźwigają wiadra wody pochodzącej z samochodów-cystern, kursujących po tutejszej drodze.) Aby uniknąć głodu, biedni wieśniacy zmuszeni są wyjeżdżać do miast i wynajmować swoje mięśnie za dwa lub trzy dolary dziennie. Brakuje tu wszystkiego prócz czasu.
- Żyliśmy w tym lesie zanim przyszli inni - mówi Ramdżatan Prasad, członek społeczności Adiwasi, który prowadzi gospodarstwo rolne w pobliżu rezerwatu Chandraprabha. - Niestety turyści traktowani są lepiej od nas.
Walking partner Bhavita Bhatia with Adivasi woodcutters in the Chandraprabha sanctuary.
Paul Salopek
Prasad: jest niski, pomarszczony od słońca, żylasty. Nie jest już młody. Wyprowadzając nas z rezerwatu, przeskakuje gibko z głazu na głaz niczym kot. Podobny poziom sprawności obserwujemy u drwali z grupy etnicznej Kol, z którymi idziemy pomiędzy ciernistymi krzewami. Są jak drobni tancerze, którzy mijając krzewy, przemykają jak duchy, nie robiąc niewłaściwych kroków i hałasu.
W stanie Uttar Pradesh mieszka 270 tys. przedstawicieli społeczności Adiwasi z grupy Kol. W przeszłości praktykowali poligamię. Dziś większość nawróciła się na hinduizm lub chrześcijaństwo, ale wciąż nie zapominają o swoich bogach lasu. Aby udobruchać Marang Buru - górską boginię deszczu - składają ofiary ze zwierząt. Mówią jednym z języków austroazjatyckich, co wskazuje, że w dawnych czasach przybyli tu z Azji Południowo-Wschodniej lub południowych Chin. Ich DNA zawiera markery genetyczne pochodzące z czasów kolonizacji Azji w epoce kamienia.
Przedstawiciele społeczności Kol są jednymi spośród 100 mln rdzennych mieszkańców Indii. Te miliony ludzi tworzą niezwykle zróżnicowaną populację obejmującą mieszkańców małych wiosek na wyspach Oceanu Indyjskiego oraz rozrzuconych po ogromnych obszarach rolników i zbieraczy, którzy z trudem wiążą koniec z końcem w lasach nad Gangesem lub u podnóża Himalajów. Większość z nich jedynie przygląda się zachodzącemu w Indiach procesowi modernizacji: boomowi technologicznemu, rosnącej klasie średniej. Adiwasi, wraz z dalitami, czyli „niedotykalnymi”, zajmują najniższy szczebel na drabinie społecznej tego kraju. Większość rodaków prawie ich nie dostrzega. Około 10 mln z nich zostało wysiedlonych ze swoich lasów i innych tradycyjnie zajmowanych przez nich obszarów w wyniku różnorodnych projektów, m.in. budowy tam, kopalń, programów wspierających rolnictwo przemysłowe i inicjatyw ekologicznych.
Typowy przypadek: w środkowej części stanu Madhya Pradesh 1545 rodzin Adiwasi utraciło swoje domy w związku z utworzeniem strefy buforowej dla ośmiu zagrożonych wyginięciem lwów azjatyckich. Po przetransportowaniu ich przez rząd do nowej wioski na suchych terenach ludzie ci, aby przetrwać, kruszą skały na żwir.
W odległym Rezerwacie Przyrody Chandraprabha relacje między nadleśnictwem i społecznością Kol są niewiele lepsze. Powszechnie stosowane rozwiązanie, jakim jest „ochrona przyrody przez lokalną społeczność”, w ramach którego rdzenna ludność zaangażowana jest w zarządzanie rezerwatem, nie zostało dotychczas wzięte pod uwagę. Zamiast tego pojawia się uraza.
- W latach 60. przeprowadziliśmy tu introdukcję lwów - wspomina Mohalal Gupta, emerytowany strażnik rezerwatu. - Ostatni z nich został zabity wiele lat temu. Prawdopodobnie otruli go Adiwasi, bo zagryzał im bydło.
Jeden z urzędników pracujących w tym odległym rezerwacie wspomniał o planach budowy obiektów do sportów ekstremalnych - „zjazdy na linach i tym podobne”. Pojawiają się też mgliste plany związane z ekoturystyką. Mimo to społeczności Kol żyjące wokół rezerwatu nie mają żadnych informacji na ten temat. Choć mają prawo zbierać w lesie drewno na opał, są w nim niemile widzianymi gośćmi. Zwracają się do pracowników rezerwatu z podszytym wrogością szacunkiem, który musiał być dobrze znany maharadżom z Benares po tym, jak w XVIII wieku ukradli społeczności Adiwasi lasy, aby przeznaczyć je na tereny, na których zamierzali polować.
- Wielokrotnie prosiliśmy o drogę, o zbiornik na wodę, o różne rzeczy - mówi Kaloo Prasad, rolnik ze społeczności Adiwasi, wzruszając ramionami - Wciąż mówią „dostaniecie je”, ale nic się nie dzieje.
The Adivasi in Uttar Pradesh, like some of the 100 million other indigenous people in India, carry gene markers dating from the first Stone Age colonization of Asia.
Paul Salopek
Ruszam z Bhatią dalej.
Mijamy niesamowite spienione wodospady, przy których strażnicy krzyczą na turystów podchodzących zbyt blisko półek skalnych. („Co rok ginie tu jedna osoba”.) Mijamy wioski zamieszkane przez ludność Kol, które pogrążone są w demoralizacji głębszej niż ta wynikająca z biedy. Jest ona oznaką całkowitej dezorientacji i bezwładu wynikającego z bezdomności. Idziemy rzadko wykorzystywanymi ścieżkami przez zaokrąglone, jasnobrązowe wzgórza. Schodzimy do zielonych, położonych nad rzekami dolin wyglądających jak Eden w kapsułce: na bujną trawę cień rzucają w nich drzewa peepul, gdzieniegdzie widzimy skromne obejścia i drogi po których jeszcze nigdy nie jechał samochód. Bhatia mówi, że po raz pierwszy widzi tak pierwotne Indie. Źródłem ich piękna jest całkowite zaniedbanie. Gdyby nie było tu ludzi, mógłby to być park narodowy.
W przygotowanie tej relacji zaangażowani byli Bhavita Bhatia i Siddharth Agarwal.
The Adivasi in Uttar Pradesh, like some of the 100 million other indigenous people in India, carry gene markers dating from the first Stone Age colonization of Asia.
Paul Salopek
Ruszam z Bhatią dalej.
Mijamy niesamowite spienione wodospady, przy których strażnicy krzyczą na turystów podchodzących zbyt blisko półek skalnych. („Co rok ginie tu jedna osoba”.) Mijamy wioski zamieszkane przez ludność Kol, które pogrążone są w demoralizacji głębszej niż ta wynikająca z biedy. Jest ona oznaką całkowitej dezorientacji i bezwładu wynikającego z bezdomności. Idziemy rzadko wykorzystywanymi ścieżkami przez zaokrąglone, jasnobrązowe wzgórza. Schodzimy do zielonych, położonych nad rzekami dolin wyglądających jak Eden w kapsułce: na bujną trawę cień rzucają w nich drzewa peepul, gdzieniegdzie widzimy skromne obejścia i drogi po których jeszcze nigdy nie jechał samochód. Bhatia mówi, że po raz pierwszy widzi tak pierwotne Indie. Źródłem ich piękna jest całkowite zaniedbanie. Gdyby nie było tu ludzi, mógłby to być park narodowy.
W przygotowanie tej relacji zaangażowani byli Bhavita Bhatia i Siddharth Agarwal.
