„W wojnie zawiera się każdy fach”.
- „Krwawy południk”, Cormac McCarthy [tłum. Robert Sudoł]
Idziemy wzdłuż rzeki Mahananda przez wiejskie tereny stanu Bihar we wschodnich Indiach.
W niczym niewyróżniającym się miasteczku Kishanganj wchodzimy do pizzerii, której podłoga pokryta jest kurzem. Ten ciasny lokal o nazwie Pizza House znajduje się w jednej z alejek podupadającego bazaru. To pierwsza pizzeria, którą napotykam po przejściu kilkuset kilometrów w ciągu kilku miesięcy. Jest w niej rozchwierutany stolik i kilka niskich taboretów. Melancholijny pizzer, Mohammad Afaque Quraishi, siedzi na plastikowym krześle i rozwodzi się na temat wojny.
- Wszyscy słyszeliśmy o walce między Ameryką a Osamą bin Ladenem - Quraishi mówi o wojnie w Afganistanie, będącej najdłuższym konfliktem w historii USA, który trwa już 18 lat. - Ale kto nie lubi pieniędzy? Jeżeli pojawia się jakakolwiek nadzieja, że można zarobić na życie, człowiek pójdzie wszędzie.
Quaraishi pojechał do Afganistanu, żeby nauczyć się robić pizzę.
Przez dwa lata pracował w Pizza Hut w amerykańskich bazach wojskowych pod Kabulem. W 2014 roku, kiedy prezydent Obama zaczął wycofywać żołnierzy z Afganistanu, Quaraishi stracił pracę w fast foodzie. Jest jednak metodycznym człowiekiem. W strefie wojny uważnie czytał przepisy wykorzystywane przez Pizza Hut. Po powrocie do domu kupił specjalny piec, żeby brzegi jego pizzy miały taką samą, kruchą strukturę. Składniki do sosu zamawia w specjalnym sklepie w odległej Kalkucie. Oferowany przez niego produkt bardzo przypomina pizzę sprzedawaną w USA. Tęskni za wojną.
A happy war scrapbook. Quraishi (left) misses his time as a contract worker with the U.S. military.
Paul Salopek
- Czekali w kolejce po pizzę przez dwie godziny – wspomina amerykańskich żołnierzy – a potem szli walczyć.
Pracowałem w Afganistanie jako reporter. Relacjonowałem też wydarzenia z Iraku i Somalii. W ogromnych, zbudowanych z prefabrykatów i przypominających fortece amerykańskich miastach wojskowych nazywanych Wysuniętymi Bazami Operacyjnymi widziałem lokale firmy Subway, kawiarnie Green Bean i restauracje TGIF. Mężczyźni podobni do Quraishiego wkładali posiłki do kuchenek mikrofalowych i myli podłogi. Poza tym tankowali pojazdy, sprawdzali gości na bramkach bezpieczeństwa i zbierali śmieci. Przez lata dziesiątki tysięcy takich cywilnych pracowników, którzy w znacznej części pochodzili z krajów borykających się z problemami gospodarczymi, żywili, poili i prali odzież amerykańskich żołnierzy biorących udział w globalnej wojnie z terroryzmem.
Quraishi mówi, że około 70 takich pracowników, zarabiających średnio 450 dolarów miesięcznie, czyli około trzy razy więcej niż przeciętna pensja w Indiach, pochodziło z zamieszkałego przez większość muzułmańską miasta Kishanganj, którego 100-tysiączna populacja utrzymywała się z garbowania skór. O ile aż 20 procent amerykańskich weteranów walczących niegdyś w Afganistanie doświadcza zespołu stresu pourazowego, o tyle pochodzący z Kishanganj byli pracownicy cywilni odczuwają głęboką nostalgię. Wojenny boom się skończył. Pentagon zwolnił większość zagranicznych pracowników. Dziś mężczyźni z Kishanganj usychają z tęsknoty za dniami swojej świetności na łonie amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego.
