Zużyte baterie do latarki.
Dwie wyrzucone etiopskie monety.
Zielony, plastikowy grzebień.
Bielizna.
Jesteśmy w odległości trzech dni marszu od etiopskiej granicy.
To reach the Red Sea—gateway to a new life—migrants cross a merciless plain.
Paul Salopek
Przemierzamy morze wulkanicznych skał. Jest gorąco jak w piekle, nie widać końca. Rozpalona kamienna równina w kolorze węgla. Nie ma żadnych oznak życia – nawet jednej rośliny. Krajobraz jest sterylny, obcy, przypominający ziarniste zdjęcia zrobione przez roboty na innej planecie. I nagle. . . damski but. Rozmiar 36, imitacja skóry, z przyklejonymi ozdobnymi kryształkami. Dalej: wypłowiała przez słońce czapka z daszkiem. Następnie: dziesiątki – nie, setki – popękanych butelek na wodę. (To pojemniki na olej kuchenny, często owinięte grubym płótnem, aby chłodzić wodę.)
Po tygodniach przemierzania pieszo nieskazitelnych pustyń biedoty – zamieszkałych przez koczowników dzikich obszarów, na których każdy śmieć, każda puszka, każda plastikowa butelka jest podnoszona i ponownie wykorzystywana w innym celu – napotkaliśmy kolejną warstwę archeologiczną Rowu Afrykańskiego, która rozciąga się 240 km lub więcej w głąb Dżibuti, aż do Morza Czerwonego. To śmietnisko wędrowców XXI wieku, wygnańców, pokutników, sierot. Gdzieś dalej przejście graniczne tworzy lejek, szyjkę butelki dla napływowych pracowników z całego Rogu Afryki. Oni też są piechurami. Idą do Jemenu. Do Arabii Saudyjskiej. Do Dubaju. Nie po to, żeby polować na oryksa za pomocą dzid z kamiennym ostrzem, jak robił to wczesny Homo sapiens, który wyszedł z Afryki. I nie w imię niedorzecznej idei, co my robimy dziś. Ale po to, żeby wynająć swoje mięśnie, swoje ciała za kromkę chleba.
Są to ludzie z plemienia Oromo z południa Etiopii i Tigrajczycy z gór. Są to uchodźcy uciekający ze zrujnowanej Somalii. Kilku z nich to dezerterzy z erytrejskiej armii. Młodzi mężczyźni. Kilka odważnych kobiet. Muszą być mocni. Przejście przez pustynię jest trudne i bezlitosne. Niektórzy umierają tutaj z pragnienia. Na Morzu Czerwonym każdego roku dziesiątki z nich toną, próbując je przepłynąć w rozpadających się łodziach. Mimo to przybywają następni. W ten sposób każdego roku kontynent opuszcza minimum sto tysięcy osób. Przemieszczają się głównie nocą, prowadzeni przez przemytników. Ta pusta, zapomniana przez Boga równina wypełnia się po zmroku armią piechurów. W świetle gwiazd kontynuowana jest migracja z Afryki.
Migrants take a break near the Djibouti border.
Paul Salopek
Koczownicy z plemienia Afarów mówią na nich Hahai. Ludzie wiatru.
Przemykają przez pustynię, pozostawiając za sobą niewiele więcej niż to, co upadnie na szlak, którym idą. Sandał. Garnek. Bezwartościowe resztki pieniędzy. A także kości towarzyszy, zostawione pod luźnymi stertami skał przez tych, którzy przeżyli i nie mogli dłużej czekać.
Ramki od okularów (bez szkieł).
Podkoszulek.
Biustonosz.
Puszka kremu do golenia Gillette.
Wypłowiały przez słońce plecak (z namalowanymi przy pomocy szablonu dziecięcymi rysunkami).
Pewnego dnia spotykamy Hahai w odległym obozowisku Afarów.
To grupa 15 mężczyzn z górzystej części Etiopii – państwa plasującego się w dole przygotowanego przez ONZ rankingu ubóstwa; zajmuje ono 174. miejsce na 187 krajów – zmierzających w kierunku nieznacznie mniej biednego Dżibuti (165. miejsce), aby w końcu dotrzeć do minimalnie mniej biednego Jemenu (154. miejsce). Te liczby wyjaśniają, dlaczego nawet w środku dnia mężczyźni ci są niewidzialni.
Siedzą na skałach po całonocnym marszu. Biorą małe łyki z pojemników na wodę. Jeden z mężczyzn gołą ręką miesza we wgniecionym garnku jęczmienny kleik besso. Ich przewodnik – stary Afar– siedzi z boku jak elegant w jasnoniebieskich skarpetkach i tenisówkach zakrywających kostkę i pali.
“Besso,” a barley gruel, sustains migrants on the long and risky trail to Djibouti and Saudi Arabia.
Paul Salopek
– W Jemenie jest ciężko – mówi jeden z migrantów. – Zabijają nas nożami i pistoletami.
Widzi wyraz mojej twarzy; widzi, że nie wierzę.
– To prawda – potwierdza inny, Nazywa się Daniel. Idzie od 13 dni z prowincji Wollo. W Arabii Saudyjskiej czeka na niego praca przy zbiorze daktyli. Dostanie 4 tys. etiopskich birrów – ok. 200 dolarów – miesięcznie. To zawrotna suma. Dwa razy więcej niż to, co zarabia jako robotnik w Etiopii. Opowiada swoją historię:
W ubiegłym roku w Jemenie jego grupa ubogich wędrowców została zaatakowana przez złodziei. Jemeńczycy zabili nożem jednego z nich, a ciało wrzucili do studni. Daniel zanim przemknął do saudyjskiej granicy ukrywał się w krzakach przez trzy dni bez jedzenia. Opowiada swoją historię z uśmiechem na ustach. Wszyscy mężczyźni się uśmiechają. Besso jest gotowe do jedzenia. Nie mówią nic więcej. W swoich oczach mają ocean. Koniec historii.
The address books of migrants in the Horn of Africa are left behind to be perused—and eaten—by rodents.
Paul Salopek
Dwa notesy na adresy zawierające numery telefonów z Dubaju (pogryzione przez myszy).
Spodnie.
Słoik po dżemie.
Łuska od naboju 7,62 mm.
Noc na równinie pokrytej kamieniami. Nasza mała karawana utknęła w miejscu.
Mój przewodnik Alema Hassan zachorował na coś, co przypomina tyfus. Mnie chce się wymiotować. Wszyscy jesteśmy głodni. Przeszliśmy 35 kilometrów. Nasze zapasy zmniejszyły się do kilku paczek klusek i kilku herbatników. Pozwalamy, aby ognisko się szybko dopaliło. Leżymy z otwartymi oczami zawinięci w koce. Ja myślę o odległym domu wypełnionym łagodnym słońcem, białym domu na wyższej szerokości geograficznej, otoczonym zielonymi drzewami, z kuchni dobiega śmiech kobiety, słychać odgłos ibisa białowąsego. Moje serce marzy.
– Paul? – Alema syczy zniecierpliwiony w ciemności. – Hej, Paul.
Ale ja już to usłyszałem: jakieś zawirowanie w nocnym powietrzu. Delikatne dudnienie, które prawie niedostrzegalnie staje się głośniejsze, jak zbliżające się stado dzikich zwierząt. Czy mogą tu być zwierzęta? Najbliższe źdźbło trawy, najbliższy wodopój są kilometry stąd. Siadam.
I wtedy nadchodzą – w bladym świetle latarki Alemy pojawia się grupa postaci.
Wyglądają jak kobiety i mężczyźni z płaskorzeźby, wyrzeźbieni w szarościach i czerniach przez gałęzie nocy. Pięcioro, sześcioro. Tuzin. Potem kilkudziesięciu. Przechodzą obok naszego obozowiska gęsiego. Próbuję ich policzyć, ale przestaję po dojściu do 90. Ich przesuwające się stopy unoszą tumany kurzu. Nie podnoszą wzroku. Nie mają ze sobą latarek. Niewiele za sobą pozostawiają. Nie zamieniamy ani jednego słowa. Mój język jest unieruchomiony.
