– To było - jak nazywacie to po angielsku? - ludobójstwo? Tak? To było ludobójstwo - mówi Murat Yazar. – Moja babcia powiedziała o tym mojej matce.
Razem z moim przewodnikiem chodzimy po Ani.
Czym jest Ani? To ruiny świata, który już nie istnieje we współczesnej Turcji: odległe i piękne miejsce, w którym kwitła zapomniana cywilizacja, licząca 1,1 tys. lat stolica potężnego kiedyś imperium. Pozostałości tego położonego na jedwabnym szlaku miasta leżą porozrzucane po przygniecionych przez niebo płaskowyżach na krańcach północno-wschodniej Anatolii. Zrujnowane katedry. Kruszejące szańce, które bronią niczego przed niczym. Puste bulwary, które prowadza donikąd. Przechadzamy się z Muratem po tej ogromnej dioramie bezruchu i dziwnej ciszy, przypominającej marzenia senne z obrazów Dalego. Rozmawiamy o zniknięciu Ormian z tego regionu.
Broken arch: a relic of ancient Ani on the closed Turkey-Armenia border.
Paul Salopek
W 1911 roku na terenie dzisiejszej Turcji żyło około dwóch milionów Ormian. Byli chrześcijańską mniejszością w kraju rządzonym przez muzułmanów. Ich historia sięga tysięcy lat wstecz. W 1922 roku zostało ich zaledwie 400 tys.
Co stało się z ponad półtora milionem osób? Według historyków większość z nich została zabita. Byli przedmiotem eksterminacji. Z wymierzonymi w nich bagnetami zostali wyprowadzeni na pozbawione wody pustynie. Dokonano na nich rzezi.
– Moja babcia powiedziała, że zamknęli wszystkich Ormian w domach w pobliżu Eufratu – mówi mi Murat. – Następnie wyprowadzili ich na dwór nocą i wepchnęli do rzeki. Utopili ich.
Pierwsza wojna światowa trwała już od ośmiu miesięcy, a Europa zaczęła zjadać sama siebie. Wielokulturowe Imperium Osmańskie konało w potwornych spazmach. Stanowiący większość Turcy osmańscy –podżegani przez nacjonalistycznych przywódców i rozwścieczeni masowymi deportacjami oraz masakrami, których na krańcach rozpadającego się imperium dopuszczali się na muzułmanach byli poddani chrześcijańscy – wzięli odwet na swoich odwiecznych sąsiadach: mniejszości asyryjskiej i greckiej, ale głównie na Ormianach. Oskarżyli Ormian o to, że byli niewiernymi. O brak lojalności. O popieranie wrogów wdzierających się do imperium (Rosjan i kolonistów europejskich). Kto dokonał tej potwornej rzezi? Miejscowi Kurdowie. Kurdowie wymordowali tysiące Ormian za pomocą strzelb i noży. Kurdyjskie gangi wdzierały się w kolumny głodujących ormiańskich uchodźczyń i ich dzieci. Kurdyjscy wieśniacy przejmowali ormiańskie mienie –porzucone gospodarstwa rolne, zwierzęta i domy.
Wraz z Muratem w całej Anatolii mijamy głuche echa tej tragedii. Szukamy cienia w zrujnowanych domach Ormian – domach zarośniętych chwastami i drzewami. Mijamy solidnie zbudowane kościoły, które stały się meczetami. Idziemy obok sadów orzecha włoskiego, które dawno temu założyły ofiary tej masakry. Murat nad tym rozmyśla. Jest Kurdem. Widzę, jak zmaga się z historią, z dziedzictwem, którego nie może sobie wyobrazić, z krajobrazem noszącym ślady tych tragicznych wydarzeń.
– Kiedyś przeprosiłem jednego Ormianina w Stambule – mówi. –Powiedziałem mu, że jest mi przykro z powodu tego, czego dopuścili się moi przodkowie.
I jak zareagował?
– A co mógł powiedzieć? – mówi Murat, wzruszając ramionami. – Powiedział „dziękuję”.
Stoimy na zimnym wietrze. Na wielkiej tablicy przy wejściu do ruin Ani opisano długą historię miasta. Tekst mówi, że ta starożytna i rozległa metropolia rozkwitła pod rządami bagratydzkich królów. Bagratydzi byli Ormianami. W tekście nigdzie nie pojawia się słowo „ormiański".
*
Przez wiele lat określanie tego, co wydarzyło się w Turcji w 1915 roku jako ludobójstwo, było niebezpieczne.
Tureccy sędziowie uznawali, że wyrażenie to jest prowokacyjne, podżegające, obraźliwe, że jest tabu.
Tureccy pisarze i dziennikarze, którzy używają tego czterosylabowego słowa, mogą zostać oskarżeni o obrazę państwa tureckiego. Jeden z nich został zabity przez skrajnych nacjonalistów.
Istnieje też oficjalna wersja wydarzeń. Wygląda ona następująco: To, że Ormianie cierpieli, nie ulega wątpliwości. Jednak byli tylko jedną z wielu grup etnicznych, które ucierpiały w związku z implozją Imperium Osmańskiego. Nie była ona niszczona ani w sposób ekstremalny, ani systematyczny. Toczyła się wojna. Przemoc była stosowana przez obie strony: ginęli Ormianie, ale z rąk zbuntowanych ormiańskich tłumów śmierć ponosili też Turcy. Jednak w tej wąskiej interpretacji historii zaczęły pojawiać się pewne rysy. W kwietniu pełniący wtedy funkcję premiera Turcji Recep Tayyip Erdogan był pierwszym tureckim przywódcą, który przekazał oficjalne kondolencje potomkom tureckich Ormian, którzy dziś żyją rozproszeni po całym świecie. Mówił ostrożnie o „wspólnym bólu“ obu narodów.
Idąc przez zamieszkałe przez Kurdów obszary Anatolii, odnosimy wrażenie, że zwykli obywatele znacznie go pod tym względem wyprzedzają.
– Walczyliśmy z Ormianami i wielu z nich zginęło – mówi Saleh Emre, siwowłosy sołtys wsi Kas Kale. – Myślę, że to był błąd. Oni należeli do tego miejsca. Emre robi pauzę. Sękatą ręką wskazuje domy tworzące jego wieś. – Ta ziemia należała kiedyś do ormiańskiego handlarza. Wujowie mojego ojca kupili ją tanio. – Pozwala, aby szczegół ten zapadł nam w pamięci. Potem wymienia nazwy okolicznych tureckich miast, w których dawniej większość stanowili Ormianie: Van, Patnos, Agri. Nie mieszkają tam dziś żadni Ormianie. Z trudem powstrzymał się od użycia słowa „ludobójstwo“.
Ten starszy mężczyzna spogląda na wschód, ponad falującymi, słonecznymi równinami, pastwiskami w kolorze mosiądzu, pokrytym trawą rajem, na którego cieniem kładzie się pamięć, w kierunku pobliskiego kraju, gdzie schroniły się niektóre osoby, które przeżyły masakrę. – Chciałbym odwiedzić Armenię – mówi Emre. – Ormianie byli naszymi sąsiadami.
*
Miejsce wygląda następująco: dziedziniec kościoła w mieście Diyarbakir, które jest kulturalną stolicą tureckich Kurdów.
Sourp Giragos jest największym ormiańskim kościołem na Bliskim Wschodzie. Został niedawno wyremontowany, głównie dzięki datkom ormiańskiej społeczności żyjącej nadal w Stambule. To pomnik nadziei i pojednania; jeden z kilku tego typu gestów, które wykonano na kurdyjskich obszarach Anatolii przez ostatnie sto lat. (W odległym mieście Bitlis kurdyjski burmistrz nadał jednej z ulic nazwę pisarza amerykańskiego ormiańskiego pochodzenia Williama Saroyana). Ludzie krzątają się pod wielką dzwonnicą. Grabią suche liście. Podają kawę do wystawionych na dwór stolików. Rozmawiają. Niektórzy zapalają świece. Kilku z nich to muzułmanie. Większość to Ormianie należący do Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Dozorca Aram Chaczigian był i jednym, i drugim.
Custodian of memory: Aram Khatchigian in the rebuilt Sourp Giragos Armenian church in Diyarbakir, the Kurdish cultural capital in Turkey.
Murat Yazar
– Do 15. roku życia byłem przekonany, że jestem muzułmaninem, Kurdem – mówi Chaczigian. – Potem poczułem, że w mym sercu zaczęło się coś zmieniać.
Wyjaśnia, jak dowiedział się o ukrytej przeszłości. Opowiada, że jego 12-letni dziadek i jego 9-letnia siostra byli faktycznie Ormianami – jedynymi z ich najbliższej rodziny, którym udało się przeżyć to, co działo się na polach śmierci otaczających Diyarbakir, gdzie powietrze wypełniał „ostry zapach rozkładających się ciał“. Chłopiec i dziewczynka ukrywali się w krzakach, aż znalazł ich pewien kurdyjski rolnik, muzułmanin, który zabrał ich stamtąd, ratując im życie, a potem opiekował się nimi jak własnymi dziećmi i dał im swoje nazwisko. Przeszli na islam. – Zrobili to wszyscy Ormianie, którzy wciąż żyją – mówi Chaczigian. W innym przypadku zostaliby zabici. Do naszego stolika sztywnym krokiem podchodzi jakiś mężczyzna. Słuchał nas od jakiegoś czasu.
– Czy uznajesz ludobójstwo? – żąda odpowiedzi. Patrzy mi w oczy.
– Prowadzę wywiad – odpowiadam.
– Nie interesuje mnie to – mówi. – Uznajesz ludobójstwo, czy go nie uznajesz?
Dla niektórych Ormian to fundamentalne pytanie stało się wszystkim –osią narodowej walki, prawie podstawą współczesnej tożsamości: Turcja i cały świat muszą w końcu uznać, że w Anatolii doszło do prawdziwego, zdefiniowanego w prawie ludobójstwa. Licząca miliony osób ormiańska diaspora przeznacza bardzo dużo energii i pieniędzy na kampanię lobbingową na tym obszarze. (Co najmniej 21 krajów uznaje dziś rzeź Ormian za fakt. USA i Izrael, które bardzo cenią sobie relacje dyplomatyczne z Turcją, nie należą do tej grupy.)
Amerykańska pisarka ormiańskiego pochodzenia Meline Toumani opisuje obezwładniający wpływ tej gorzkiej politycznej debaty na swoje życie:
„Dla niektórych Ormian uznanie rzezi oznacza zadośćuczynienie od Turcji; dla osób fanatycznie zaangażowanych w sprawę oznacza to ziemię; dla osób trochę bardziej pragmatycznych, pieniądze. Dla większości oznacza to oficjalne użycie słowa 'ludobójstwo'. Dla mnie oznacza to, że nie mogłam już dłużej wytrzymać na jakiejkolwiek ormiańskiej imprezie, bo niezależnie od tego czy był to wieczór poetycki, koncert, czy nawet mecz, zawsze w końcu poświęcona ona była ludobójstwu”.
W kościele w Diyarbakir nieznajomy siada przy naszym stoliku.
Po raz kolejny powtarza swoje pytanie. I raz jeszcze. Chaczigian wpatruje sie zakłopotany w swoje buty. Odkładam długopis. Czekamy.
“I don’t care. Tell the world I’m Armenian.” But she changed her mind, and here in Dyarbakir she did not want her face to be photographed.
Murat Yazar
* * *
Nad stanowiskiem archeologicznym w Ani powiewa ogromna, czerwona turecka flaga.
Ruiny starożytnego miasta graniczą z kanionem. Po drugiej stronie, w odległości kilku minut marszu, leży mała Republika Armenii. Nikt nie przekracza granicy w tym miejscu. Granica między dwoma narodami jest zamknięta od lat na skutek wzajemnej podejrzliwości i wrogości. Ani to ślepy zaułek.
Wraz z Muratem ruszamy na północ.
Ciągniemy naszą odważną mulicę przez wilgotne zimowe pola w okolicach tureckiego miasta Kars, w którym w latach 90. XIX wieku Ormianie stanowili 85% ludności. Murat pyta zdumionych mieszkańców, czy wciąż żyją tu jacyś Ormianie. Murat – turecki obywatel i przedstawiciel kurdyjskiej mniejszości – który sam stawia sobie pytania o trwałość swojej kultury, zawsze pyta. Patrzę, jak idzie przed siebie, szukając odpowiedzi w przeszłości. Tyczkowaty, smutny, poszukujący człowiek. Z aparatem przewieszonym przez parkę. Pod jego butami lepi się czarne anatolijskie błoto. Mogę jedynie pokiwać głową ze zdumienia.
Zabójcy czy ofiary; nie ma żadnego narodu wybranego. Są po prostu ludzie. I zmarli. A to, co robisz ze swoim bólem, mówi światu, kim jesteś.
